PKO Ekstraklasa i jej druga kolejka niemal dobiega końca. Za nami trzy niedzielne spotkania, które w różny sposób pokazały, jak wygląda elita w sierpniu 2026 roku. Legia Warszawa udowodniła, że pod Markiem Papszunem potrafi przepychać trudne mecze, Śląsk Wrocław wrócił do Ekstraklasy z hukiem, a GKS Katowice w końcówce uratował honor przed własną publicznością.
Jak to mówią, niedziela z PKO BP Ekstraklasą potrafi wynagrodzić kibica za sobotni chłód. W ten weekend sobota zawiesiła wysoko poprzeczkę, jednak niedzielne spotkania nie pozostały dłużne. Tym razem mieliśmy trzy różne historie. Stołeczną maszynę, wrocławski thriller i katowicki rewanż po przerwie. Żadna nie skończyła się tak, jak zapowiadały pierwsze minuty, a to właśnie o to chodzi w lidze, która w jubileuszowym sezonie znowu udowadnia, że nieprzewidywalność to jej znak rozpoznawczy.
Sztuka Marka Papszuna
Mecz Legii z KGHM Zagłębiem Lubin przy Łazienkowskiej nie obiecywał fajerwerków od pierwszego gwizdka. Miedziowi szybko pokazali, że stałe fragmenty to ich broń. Już w 4. minucie Filip Kocaba trafił po dobrze rozegranym rzucie rożnym. Wrzutka, zgranie, piłka w siatce. Legia przegrywała u siebie, a na trybunach zasiadło blisko 27 tys. Kibice, którzy jeszcze przed przerwą mieli powody do niepokoju, przypomnieli sobie czarne scenariusze z zeszłego sezonu.

Jednak obecna Legia reaguje inaczej niż zespół sprzed ery Marka Papszuna. Tamta ekipa dostałaby gola ze stałego fragmentu, podłamała się i udawała, że próbuje odrobić straty. Skończyłoby się na 0:1 i złych humorach. Pod trenerem Papszunem, „Wojskowi” rzucili się do odrabiania strat. W 25. minucie wyrównał Łukasz Zjawiński, napastnik wyciągnięty latem z Betclic 1. Ligi, który w debiutanckim sezonie zaliczył pierwszą bramkę w barwach stołecznego klubu.
Warto jednak pamiętać, że Zagłębie nie zamknęło spotkania, choć miało ku temu spore szanse. Marcel Reguła trafił w poprzeczkę, Michał Nalepa w słupek, a Filip Szymczak po kolejnym dobrze wykonanym rzucie rożnym był o centymetry od wyrównania. Miedziowi zrobili coś podobnego w drugiej połowie, ale Szymczakowi zabrakło centymetrów i to właśnie ta różnica decyduje o losach meczów na wyjeździe do Warszawy.
LEGIA WARSZAWA 3:1 ZAGŁĘBIE LUBIN – WNIOSKI
▪️Legia pod wodzą Marka Papszuna nie jest do końca przekonująca, ale regularnie wygrywa mecze i robi to w sposób bardzo powtarzalny. Cały czas można mieć poczucie, że Legię stać na lepszą grę, natomiast drużyna ma określony sposób gry… https://t.co/2rkfVmAs3D pic.twitter.com/wJIUFeeRNp
— Newsy.Sportu (@Newsy_Sportu) August 2, 2026
Po przerwie Legia coraz mocniej kontrolowała grę. W 72. minucie Rúben Vinagre posłał piłkę do siatki, a w doliczonym czasie wynik ustalił Rafał Adamski po asyście zmiennika Wahana Biczachczjana. Adamski trafił do bramki klubu, w którym jeszcze niedawno był niechciany. Zdanie, które mówi wiele o głębokości ławy „Wojskowych”. W Legii groźny może być każdy. Dziś Vinagre, wcześniej stoper Zoran Arsenić, teraz napastnik z pierwszej ligi i rezerwowy.
Nie powinno umknąć, że Mileta Rajović miał swój moment. Trafił głową, lecz sędzia Karol Arys słusznie uznał spalony. Napastnik Legionistów wciąż szuka formy, choć trener Papszun wierzy w jego potencjał. Zagłębie może żałować, że wraca bez punktów. Strzeliło pierwszego gola, miało mecz ustawiony, a potem pozwoliło przepchnąć spotkanie rywalowi, który po dwóch kolejkach ma komplet sześciu punktów i prowadzi w tabeli ligowej.

Cztery minuty wystarczą Śląskowi
Jeśli mecz przy Łazienkowskiej był lekcją cierpliwości, to starcie na Tarczyński Arenie okazało się prawdziwym rollercoasterem emocji. Śląsk Wrocław i Raków Częstochowa wchodzili na murawę po porażkach w 1. kolejce — obie drużyny miały więc wspólny cel: wreszcie zapisać pierwsze punkty w sezonie. O ile porażka beniaminka z Górnikiem Zabrze 1:2 nie powinna być aż takim zaskoczeniem, tym razem Medaliki zaskoczyły już bardziej nieprzyjemnie. Przegrały bowiem u siebie z Wisłą Płock 1:2. Mimo to w międzyczasie poprawiły sobie nastroje w europejskich pucharach, pokonując Vallettę w Lidze Konferencji. Jak się jednak okazuje, sukces za granicą wciąż nie przekłada się na ligową rzeczywistość — PKO BP Ekstraklasa pozostaje dla Rakowa piętą achillesową.
Pierwsza połowa nie dała kibicom powodów do euforii. Gra była niewyrównana, Raków miał więcej sytuacji. Pieńko w 29. minucie zmarnował okazję sam na sam z Karolem Niemczyckim. Emreli kilkakrotnie groził z dystansu. Do przerwy padło 0:0, choć mecz kilkukrotnie przerywały dymy pirotechniczne, a sędzia Szymon Marciniak doliczył aż dziewięć minut. Brak precyzji był bolączką obu zespołów. W statystyce strzałów celnych było tylko 1:1.
Imagine playing in front of this atmosphere…🇵🇱😮
Fans of Polish side Śląsk Wrocław produced a fantastic tifo before their match against Raków Częstochowa. pic.twitter.com/ykAtrezZhM
— Ultras Clips (@ultras_clips) August 2, 2026
Po przerwie obraz gry się nie zmienił. Raków był groźniejszy i w 60. minucie Emreli wykorzystał fatalne nieporozumienie między Niemczyckim a Irodotosem Christodoulou. Bramkarz położył się na murawie, obrońca „sprzątnął” piłkę, a piłkarz Rakowa wpakował ją do siatki. Wyglądało na to, że Częstochowianie wreszcie wezmą pierwsze punkty w sezonie, warto zaznaczyć, że był to stan na 86. minutę.
Tymczasem Ante Šimundža dokonał serii zmian. Na boisku pojawili się Dembele, Michał Mokrzycki i Timossi. Beniaminek nie zwątpił. W 86. minucie ruszył do ataku i Luka Marjanac wyrównał po dośrodkowaniu kapitana Piotra Samca-Talara. Cztery minuty później Samiec-Talar sam trafił po dograniu Mokrzyckiego. 2:1 i euforia na trybunach. Jak się okazuje, Ekstraklasa wróciła do Wrocławia nie tylko piłkarsko, ale też emocjonalnie. Raków po dwóch kolejkach ma zero punktów. Dawid Kroczek ma przed sobą sporo pracy. Drużyna tworzy sytuacje, ale nie potrafi domykać meczów. Delikatnie mówiąc, a europejskie sukcesy nie rekompensują ligowych porażek. Śląsk za to zdobył pierwsze trzy oczka po powrocie do elity i udowodnił, że na własnym stadionie potrafi być niebezpieczny do ostatniej minuty.

GKS wraca na właściwe tory
W Katowicach zamknęli niedzielę GKS Katowice i Radomiak Radom. Gospodarze weszli w mecz z ambicjami. Po awansie w Lidze Konferencji i porażce z Wisłą Kraków celowali w pierwsze ligowe zwycięstwo w PKO Ekstraklasie. Radomiak, który w 1. kolejce pokonał Wieczystą 2:1, też chciał potwierdzić dobry start w jubileuszowym sezonie PKO BP Ekstraklasy. Pierwsza połowa należała do gości. W 37. minucie Camara mocnym strzałem z prawej nogi pokonał Grzegorza Kobylaka po błędzie Resty przy wybiciu piłki po rzucie rożnym. Radomiak prowadził 1:0, a Jan Grzesik mógł podwyższyć wynik tuż przed przerwą. Jego uderzenie głową minęło bramkę o centymetry. Katowiczanie mieli swoje momenty, lecz szczególnie nieskuteczny był Ilja Shkurin, który z dogodnej pozycji nie trafił nawet w bramkę.

Po przerwie „GieKSa” wyszła jak inna drużyna. Wysoki pressing, coraz więcej sytuacji oraz wreszcie efekt. W 58. minucie po rzucie rożnym piłka odbiła się od Tapsoby i wpadła do siatki. Remis po golu samobójczym. GKS nie zwalniał tempa. Niedługo później Shkurin wykorzystał błąd obrony Radomiaka i dał „GieKSie” prowadzenie 2:1. Tym razem to on trafił precyzyjnie z okolic sześciu metrów. Radomiak próbował odpowiedzieć, lecz po przerwie wyglądał na zdezorganizowany. Grzesik próbował jeszcze trafieniem jak się okazało z metrowego spalonego, a VAR potwierdził decyzję sędziego Patryka Gryckiewicza. Goście schowali się głęboko, lecz nie wytrzymali naporu. Zaparkowali autobus i zostali skarceni. W doliczonym czasie Bartosz Nowak po asyście Shkurina efektownym uderzeniem z ostrego kąta pod poprzeczkę ustalił wynik na 3:1.
PROFESOR BARTOSZ NOWAK! 👑 GKS Katowice pokonuje Radomiaka 3:1! 🔥 pic.twitter.com/381CLUqOSL
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 2, 2026
Należy powiedzieć, że GKS w końcówce zagrał jak drużyna, która wreszcie odnalazła ligowy rytm. Trzy bramki w drugiej połowie, 10 rzutów rożnych w całym meczu, dominacja po przerwie. To była „GieKSa”, której kibice szukali od inauguracji. Jednak dalej pozostaje wiele niepokoju o nierówność gry zespołu, który na przestrzeni całego meczu potrafi zaprezentować więcej niż jedną twarz. Dla Radomiaka niedziela okazała się bolesna. Po dwóch kolejkach zespół Tomasza Kaczmarka ma tylko trzy punkty i musi zastanowić się, dlaczego mecze, które zaczyna dobrze, kończy tak źle.
Raków czerwoną latarnią, a jasny sygnał dla Legii
Patrząc z perspektywy całej niedzieli, jest trudno wyciągnąć daleko idące wnioski po dwóch kolejkach. PKO BP Ekstraklasa znów pokazuje, że beniaminkowie potrafią zaskoczyć, a faworyci muszą walczyć do końca. Legia ma sześć punktów i wygląda na zorganizowaną maszynę. Zespół trenera Papszuna gra jak drużyna, ale nie jak zbiór indywidualności. Zjawiński, Vinagre, Adamski, bramki padają z różnych źródeł, a to w długim sezonie bezcenne. Śląsk zasługuje na uznanie za charakter. Beniaminek po raz kolejny pokazał, że w ofensywie ma argumenty. Samiec-Talar, Marjanac, Banaszak. Defensywa wciąż szwankuje, ale tym razem atak uratował sytuację. GKS udowodnił, że Bukowa potrafi być twierdzą, gdy drużyna nie podkłada głowy po pierwszej połowie.
Natomiast Raków budzi coraz większe zmartwienia. Medaliki tworzą sytuacje, które nie potrafią domykać meczów. Po dwóch kolejkach mają zaskakująco zero punktów i wiszą na dnie tabeli obok Wieczystej Kraków. Póki piłka w grze nic nie jest jeszcze przesądzone. Jednak czas rozliczeń dla Dawida Kroczka zbliża się szybciej, niż by sobie życzył. Niedziela z PKO BP Ekstraklasą nieco namieszała w tabeli. Legia i Jagiellonia Białystok prowadzą z pełnymi zestawami, a żaden z trzech niedzielnych meczów nie zakończył się remisem. Czy to zapowiedź wyrównanego sezonu albo tylko rozpęd nabrany tuż po wakacjach?